czwartek, 9 lipca 2015

Dwaj Wędrowcy

Quant uniósł głowę, a słońce stworzyło grę światła na jego brązowych, długich włosach przetykanych siwizną.
      Jego koń parsknął gniewnie zmęczony wieloma godzinami drogi. Stawiał kopyto za kopytem bez cienia entuzjazmu. Słońce powoli zachodziło, ciepły wiatr poruszał liśćmi krzewów i nielicznych drzew. Trawa falowała niczym zielony ocean i muskała delikatnie kopyta zmęczonego konia.
      Quant poklepał wierzchowca i zatrzymał go. Zgrabnie zsunął się z siodła, ale gdy tylko jego stopy dotknęły ziemi kolana ugięły się i Wędrowiec o mało nie upadł. Jego zmęczenie pewnie było niczym w porównaniu z cierpieniem konia. Gdy tylko zwierzę poczuło, że nikt na nim nie siedzi zabrało się do skubania wysokiej trawy. Quant rozsiodłał wierzchowca zdecydowany rozłożyć tu obozowisko. Nawet nie rozglądał się za jakąś dobrą kryjówką na noc. Wszędzie tutaj teren był płaski, a drzewa zdarzały się bardzo rzadko. Na równinie nie ma kryjówek.
       Postanowił jednak nie rozpalać ogniska. Był koniec lata, ciepło nie było potrzebne. A bez światła można wytrzymać. Słońce powoli zachodziło barwiąc niebo na fioletowo. Koń Quanta położył się i jęknął cicho. Zazwyczaj spał na stojąco, jak to robią konie, ale teraz był najwyraźniej bardzo zmęczony. Tam, gdzie przez cały dzień leżało siodło teraz rozpościerała się plama potu. Quant w roztargnieniu poklepał zwierzę po karmelowo-brązowej szyi. Oparł się o swój bagaż, głowa zaczęła mu opadać. Ale ze słodkiego otępienia na granicy snu wyrwał go krzyk:
       - Quant?! To ty?
       Wędrowiec poderwał się chcąc zobaczyć, kto go może wołać ta tym pustkowiu. Ujrzał samotnego jeźdźca na horyzoncie pędzącego pełnym galopem w jego kierunku. Chociaż Quant nie miał już najlepszego wzroku rozpoznał młodzieńca na koniu. Krótkich, równo przystrzyżonych blond włosów, mądrych zielonych oczu i zadziornego uśmiechu nie dało się z niczym pomylić. Pędził do niego Falis, jego młodszy przyjaciel i dawniej towarzysz w podróży.
       Falis zatrzymał swojego konia tuż przed Quantem. Starszy Wędrowiec zmarszczył brwi ukrywając to, jak bardzo się cieszy spotkaniem z dawnym druhem.
      - Musisz się tak wydzierać? - zaczął Quant lekko zrzędliwym i typowym dla niego tonem. - Chcesz żeby usłyszała cię cała Maletea?
      Falis uśmiechnął się figlarnie zsuwając się z siodła. Dał swojemu koniowi od truchtać i poskubać trawy.
       - Też się cieszę, że ciebie widzę, Quant. Ty zawsze byłeś taki wesoły, bo nie pamiętam?
       Quant zrobił minę, która mogła być parodią uśmiechu albo grymasem wywołanym po zjedzeniu cytryny.
       - Daruj sobie głupie żarciki, Falis. Dopiero co się spotkaliśmy po długim rozstaniu, a tu już chcesz żebym miał ciebie dosyć?
       Falis roześmiał się.
       - Jaki ten świat mały. Po rozstaniu w Sillegonie myślałem, że już ciebie nie zobaczę. A tu proszę: jadę sobie przez równiny i na horyzoncie majaczy mi twoja piękna mordka. Musiałam zboczyć z drogi i się z tobą przywitać. Co cię przywiało do Maletei?
       - A co mnie mogło przywiać? Nic konkretnego. Niedługo nadejdzie jesień, a potem zima. W Sillegonie jest to mroźny czas, w górach trudno przetrwać. A poza tym lubię Maleteę, tu się urodziłem. Pomyślałem, że watro by odwiedzić rodzinne strony. A ty tutaj skąd?
       Falis wzruszył ramionami.
       - Sam nie wiem. Przeczucie mnie tu przyprowadziło.
       Quant uniósł brew.
       - Przeczucie?
       Tym razem Falis uniósł brew.
       - Tu też czasem miewasz takie przebłyski: może się przejdę? Może zwiedzę pół świata? Mam taką ochotę na spacer... A poza tym... gdzie się miałem podziać? W Maletei najcieplej przyjmują Wędrowców. I tak samo jak ty lubię te strony. I, wiesz co... miło się z tobą znowu zobaczyć.
        Quant wreszcie wypuścił uśmiech zza maski obojętności. On też bardzo lubił tego chłopaka, ale jako osoba mało wylewna nie okazywał mu tego.
        - Quant, czy ty się uśmiechasz? - Falis udawał przerażenie. - Chyba mięśnie twarzy ci zdrętwiały, a może usta ci szwankują. Bo wyraźnie widzę uśmiech.
        Ale po chwili starszy Wędrowiec spoważniał, gdy przypomniał sobie nowinę, którą usłyszał parę dni temu.
        - Król umarł - oznajmił. - Słyszałeś?
        Falis też spoważniał. Pokiwał w milczeniu głową.
        - Stary, dobry Rambert... nie poznałem go osobiście, ale był dobrym królem.
        - Tak - Quant pokiwał głową. - Był dobrym królem. Raz go spotkałem. Bardzo miły człowiek. I spotkałem też jego syna, Tercjusza. Zupełnie niepodobny do ojca. 
        - Myślisz, że on będzie dobrym królem? - Falis zmarszczył brwi.
        Powiał lekki wiatr. Ich płaszcze Wędrowców załopotały delikatnie. Przez chwilę oboje wpatrywali się w horyzont. Słońce zetknęło się już z linią ziemi. Niebo na wschodzie zasnuła już czerń.
        - Nie wiem - odezwał się w końcu Quant. - Na razie chyba nikt tego nie wie.
-***-
Kolejne opowiadanie! Wiem, że nie bardzo pasuje do poprzedniego, tak naprawdę to w ogóle się nie łączą. Ale mam nadzieję, że się podobało, komentujcie jak wyszło! Tym razem trochę dłuższe i bardziej konkretne. Nie wiem, kiedy pojawi się następny post, bo wiadomo: wakacje. Na wyjeździe sama nie wiem czy znajdę czas. Ale zaglądajcie, a nóż się coś pojawi!

2 komentarze:

  1. Jak się nie łączą, jak się łączą? :P W drugim pojawia się wzmianka o królu Rambercie i o jego synu Tercjuszu i już mamy coś wspólnego :P
    Pierwsze opowiadanie średnio przypadło mi do gustu, ale to bardzo mi się podoba. Rozmowa między bohaterami jest lekko napisana, dlatego czytało się przyjemnie. Czekam na kolejne opowiadanie, które z chęcią przeczytam :)
    Blog ma ładny wygląd, a ten smok u góry jest po prostu cudny!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwazam ze opowiadania sie lacza. Nie wiem czemu sadzisz ze tak nie jest, w koncu wspomnialas o smierci krola,co jest istota. Troche brak mi opisow wygladu bohaterow, a tak poza tym jest ok.

    OdpowiedzUsuń